W momencie, w którym pierwszy raz zobaczyłam te rozświetlacze wiedziałam, że muszę je mieć! Wyglądają tak uroczo i tak nieziemsko, że mnie po prostu byłam bezradna. Highlightening Palette jest w dostępny w trzech kolorach: 1 - brzoskwiniowym, 2 - różowym i 3 - brązowym. Mam delikatne wrażenie, że są to po prostu trzy różne produkty, czyli 1 - rozświetlacz, 2 - róż i 3 - bronzer. Na zdjęciach przedstawię Wam trzeci odcień. Składa się on z pięciu kolorów, które na skórze tworzą idealną, delikatną całość. Produkt ma świetną, kremową konsystencję i bardzo łatwo i równomiernie nakłada się pędzlem. Bez problemu można do stopniować, więc nadaje się do praktycznie każdej karnacji. Niestety posiada bardzo delikatne, jednak dość mocno połyskujące drobinki co niekoniecznie sprawdzi się u posiadaczek tłustej skóry. Sam rozświetlacz jest dość wydajny i trwały. Przez cały dzień wygląda schludnie i na szczęście drobinki nie emigrują po całej twarzy (nienawidzę tego!). Najważniejsze jednak zostawiłam na koniec. Uwielbiam go również za wielofunkcyjność. Przyznam się Wam, często zapominam zabierać ze sobą cienie do powiek. Po prostu wylatuje mi z głowy. I ten produkt świetnie się sprawdził jako ich zastępca! Pięknie rozświetliłam sobie nim oko (God Bless za biały pasek!!)) i wyrównałam koloryt powieki. Nie zbierał się w załamaniu powieki, nie przemieszczał się i stanowił świetną bazę pod eyeliner! Mam wrażenie, że to wyjątkowo udany produkt. Was też jego wygląd tak urzeka?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozświetlacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozświetlacz. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 sierpnia 2014
niedziela, 9 lutego 2014
Powrót w wielkim stylu The Balm!
Właśnie sprawdziłam, nie było mnie miesiąc.. To nie tak, że mi minęło, że nie chciałam - po prostu nie mogłam. Jednak z racji tego, że tylko winny się tłumaczy, ja stanowczo nie będę, tylko przejdę od razu do sedna naszego posta - The Balm!
Firma jest fenomenalna i o tym wszyscy wiemy. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła tego na własnej skórze. Największym minusem tych produktów jest ich cena - żeby przetestować te cztery produkty mam wrażenie, że musiałam obrabować bank. Natomiast największą zaletą jest ich wygląd. Po prostu chce się je kupić, chce się ich używać, chce się mieć je blisko, na własność, we własnej torebce i macać, macać, macać! Mam nadzieję, że nie tylko ja mam takie odczucia bo zacznę się podejrzewać o stany maniakalne, ale jedno jest pewne - uwielbiam pin up. Jest to totalnie kobiecy i totalnie odlotowy styl!
Zaczniemy od najsłabszego ogniwa. Mam wrażenie, że nie jestem zbyt wymagająca w kwestii tuszów. Wystarczy, żeby nadawał kolor i delikatnie pogrubiał rzęsy. Ten jednak nie robi nic. Dobrze, nadaje kolor, ale poza tym nie ma jakiś specjalnych właściwości, a już na pewno nie nadaje się do makijażu pin up z najdłuższymi rzęsami świata.
Róż do policzków Hot Mama! jest naprawdę hot! Na maksa. Delikatnie opalizuje, i pozwala na stopniowe nakładanie. Można nałożyć jedną warstwę i uzyskać bardzo delikatny efekt, a można nałożyć pięć warstw i mieć mocno zarysowane policzki. Jednak jedno jest w nim zaskakujące - mam wrażenie, że jest to jedyny róż, z którym nie można przesadzić. Idealny dla osób, które uczą się obsługi różu, nie znają jeszcze na tyle swojej twarzy, żeby doskonale podkreślić jej zalety i ukryć mankamenty. Delikatny, stonowany, przywraca blask zmęczonej cerze.
Jednak mistrzami przywracania blasku są ci dwaj bohaterowie! Tak, z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że są to bohaterowie. Musze się przyznać, że nie raz zdarza mi się nadużywać dobroci mojego organizmu i wymęczyć go na wszelkie możliwe sposoby. Wówczas moja cera robi się szara, bez wyrazu, a oczy są bardzo zmęczone. Wtedy do akcji wkracza rozświetlacz. Ma delikatną kremową konsystencję. Jest niesamowicie wydajny, wystarczy odrobina nabrana na pędzel, żeby rozświetlić całą twarz. Osobiście szczególnie skupiam się na oczach (robiąc delikatny makijaż stosuję go zamiast cienia do powiek), nosie i policzkach. Mam wrażenie, że jest to najlepszy rozświetlacz na rynku, a już na pewno jest wart swojej ceny. Oczywiście, dodatkowo wygląda wręcz zjawiskowo!
Ostatnim pomocnikiem w ukrywaniu wszelkich oznak niewyspania jest bronzer Betty-lou Manizer. Również ma niesamowicie delikatną konsystencję, jest jednak dość mocno napigmentowany. Trzeba uważać z jego ilością. Ma za to niesamowitą zaletę - również jest opalizujący, pełen malutkich drobinek odbijających światło, dzięki temu łatwiej nam uzyskać efekt delikatnie opalonej skóry. Kolejny totalnie odjechany produkt, absolutnie wart swojej ceny.
Etykiety:
betty-lou manizer,
bronzer,
cheater,
hot mama,
kosmetyki kolorowe,
magda modelka,
mary-lou manizer,
rozświetlacz,
the balm,
tusz do rzęs
środa, 13 listopada 2013
Baza Lumi Magique L’Oreal
Byłam absolutnie pewna, że nie znajdę odpowiedniego dla mnie
rozświetlacza. Ba, nawet dobrego dla mnie rozświetlacza. Zawsze albo się
rozsypywał tam gdzie nie powinien, albo roznosił się po całej twarzy, albo (o
zgrozo!) był różowy. Zawsze coś było nie tak. Jednak ostatnio postanowiłam dać
tym niesamowitym drobinkom jeszcze jedną szansę. Wypróbowałam bazę Lumi Magique
i oniemiałam. Serio. Wreszcie znalazłam coś, co idealnie odpowiada moim
potrzebom. Zupełnie nie wiem, jak ta baza, sprawdza się w swojej programowej
roli. Nigdy nie używałam jej pod podkład. Jednak jako rozświetlacz jest
idealna. Używam jej w wewnętrznych kącikach oczu, nad łukiem kupidyna i na
kościach policzkowych. Myślę, że świetnie sprawdzi się również jako
podkreślenie kości obojczykowych. Ma lejącą się konsystencję, dzięki czemu już
odrobina wystarczy, żeby odświeżyć make up. Jeżeli trochę przesadzimy, albo
chcemy mieć bardziej casualowy wygląd to wystarczy przypudrować ją i drobinki
bardzo delikatnie rozświetlą nam okolice twarzy. Niesamowitym jej plusem jest
właśnie wydajność. Jedno wyciśnięcie pompki wystarcza spokojnie na pokrycie
całej twarzy i szyi (jeżeli ktoś używa jej jako zwykłej bazy) albo na
rozświetlenie kilku codziennych stylizacji. Na dodatek naniesione drobinki nie
przemieszczają się. Raz nałożone na kości policzkowe nagle nie lądują cudownie
na brodzie, dzięki czemu nasz makijaż jest estetyczny przez wiele godzin. Super
do rozświetlenia zmęczonej cery w codziennym make upie i fajna do zwariowanych
wieczorowych stylizacji. Kto wie, jakie jeszcze zastosowanie można dla niej
znaleźć J
Fajne podręczne opakowanie. Można zabrać ze sobą nawet na podkład samolotu. Po 12-godzinnym locie do USA, przyda się świeże i wypoczęte spojrzenie.
Możliwości Lumi Magique na ręku. Pokazana jest też jej płynna konsystencja, która pozwala na stopniowanie rozświetlenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

