Przyznaję Wam się do wielu rzeczy - tak będzie też tym razem. Mam problem. Ze sobą. Mianowicie.. Jak tylko spodoba mi się jakiś kosmetyk albo ciuch to okazuje się, że jest straszliwie drogi. Tak oczywiście było i tym razem, gdy zobaczyłam Shimmer Nude Diorskin Diora. Jednak muszę przyznać, że jest to produkt absolutnie wart swojej ceny. Po pierwsze przepięknie wygląda. Elegancko, ekskluzywnie, a jego opakowanie jest solidne i poręczne. Dodatkowo aby się nie zarysowało pakiet posiada delikatny welwetowy woreczek. Dołączony do zestawu pędzelek, o dziwo, jest całkiem poręczny. Może nie nadaje się do codziennego użytku, ale do poprawek w ciągu dnia jest idealny. Jednak mogę zapewnić, że takowe nie będą potrzebne. Produkt sam w sobie jest IDEALNY! Delikatny, a zarazem skuteczny. Rozświetla skórę maleńkimi drobinkami i pięknie ją brązowi. Ma kremową konsystencję, dzięki czemu bardzo łatwo nakłada się pędzlem. Połączenie trzech kolorów sprawia, że świetnie się nadaje dla każdego! Osobiście jest to mój ulubiony puder brązujący - wtapia się w skórę, zlewając się wręcz z jej naturalnym kolorytem i zostaje na niej cały dzień. Poza tym dzięki drobinkom wygląda niesamowicie naturalnie. Nie mam do niego absolutnie żadnych zastrzeżeń, poza tym idealnie mieści się nawet w kopertówce! :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki kolorowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki kolorowe. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 1 lipca 2014
wtorek, 24 czerwca 2014
Zróbmy sobie wakacje
Dobrze już wszyscy wiecie, że jestem BARDZO przeciwna naturalnej, a już szczególnie nadmiernej, opaleniźnie. Błagam o regularne używanie kremów z filtrem. Szczególnie, że opaleniznę można sobie wyczarować samemu. Oprócz licznych balsamów brązujących i samoopalaczy na pomoc przychodzą nam również pudry brązujące. Dzisiaj jeden z nich - letnia, limitowana edycja Sol de Rio Sephory. Puder już wygląda przepięknie - istnie brazylijsko i słonecznie. Bardzo ładnie i subtelnie pachnie, co uważam za ogromną zaletę. Poza tym ma ogromne i mimo tego bardzo poręczne opakowanie. Dzięki temu stanowczo starczy nam na całe lato! Puder ma delikatny naturalny kolor, więc idealnie się sprawdzi nawet u początkujących. Po prostu nie da się zrobić sobie nim krzywdy! Ma satynowo-kremową konsystencję i świetnie się nakłada pędzlem. Pięknie wygląda na twarzy przez cały dzień - dosłownie! Poza tym jest matowy, dzięki czemu idealnie stapia się ze skórą, imituje naturalną opaleniznę i modeluje twarz. Osobiście używam go nie tylko na twarzy, codziennie modeluję nim dekolt, a niekiedy zdarza mi się również musnąć nim ręce i nogi. Jego ogromna pojemność pozwala na liczne szaleństwa w tym zakresie. Dla mnie jest to must have letniego sezonu! A Wy macie jakieś kosmetyki bez których nie możecie się obejść w te wakacje?
niedziela, 22 czerwca 2014
Ostatni szminkowy post
Obiecuję Wam, że to ostatni post szminkowy w najbliższym czasie. Stety bądź niestety blog jest mój, a ja aktualnie przeżywam uwielbienie do kolorowego makijażu ust. Uważam, że jest szybki, prosty, niesamowicie efektowny i stworzony dosłownie dla każdej z nas! Wystarczy tylko wybrać swój odcień czerwieni bądź różu. Dzisiaj przedstawię Wam zatem last but not least Rouge Guerlain. Po pierwsze - JEST PRZEPIĘKNY! Ma cudne i megaurocze otwarcie. Aż się nie powstrzymałam i nagrałam swój pierwszy w życiu filmik! Zobaczcie go koniecznie!
Prawda, że urocze? Przechodząc jednak już bezpośrednio do naszego dzisiejszego bohatera - szminka jest fantastyczna. Jedyną jej wadą jest to, że nie jest niezniszczalna. Ma za to kremową konsystencję, dzięki czemu można ją bez najmniejszego problemu nałożyć jednym ruchem. Skutecznie nawilża usta. Naprawdę, lepiej niż część pomadek ochronnych. Ma cudowny delikatnie opalizujący i błyszczący kolor. Utrzymuje się na ustach do pierwszego posiłku. Nie mogę powiedzieć o niej złego słowa bo dosłownie skradła moje serce. Ma wszystkie przymioty by zostać szminką idealna!
Na profilu facebookowym lipstickonthemap zastanawiałam się nad jakimś nowym konkursem.. Co Wy na to? Czekam na Wasze opinie i życzenia ;)
sobota, 21 czerwca 2014
Różowe - love
Dzisiaj znowu szaleję z makijażem. Muszę się przyznać, że ostatnio odkryłam mocny makijaż ust. Tak, stwierdziłam, że to niesamowite: mogę mieć masę pryszczy, słaby tusz, zły dzień, ale umaluję usta na wyrazisty, mocny kolor i ludzie nie zauważają w moim wglądzie niczego innego! Uwielbiam to! Zatem przestawiam Wam moją kolejną szminkę w kolekcji firmy diego dalla palma o kolorze il rossetto. Faktycznie - jest niesamowicie różowa. Co oczywiście jest jej niesamowitym plusem. Można ją super stopniować - jedno przeciągnięcie szminką ust daje delikatny, ale widoczny efekt. Natomiast z każdym następnym się on pogłębia. Świetne jest również to, że szminka daje półmatowy efekt. Nie wysusza ust, nie zbiera się w załamaniach. Nie przytłacza twarzy, a delikatnie podkreśla nasze naturalne piękno. Osobiście ją uwielbiam i notorycznie stosuję, tak po prostu na co dzień :) A Wy używacie mocnych szminek? Czy wolicie bezpieczniejsze odcienie? Może jeszcze nie eksperymentowałyście z kolorami? :) Czekam na Wasze opowieści!
czwartek, 19 czerwca 2014
Nowa miłość
Kolejny powrót do Was, a skoro powrót to w wielkim stylu. Skoro wielki styl to nowa miłość. Skoro nowa miłość to lakier do ust! Pure Color Estee Lauder. Pisałam Wam o mojej wcześniejszej miłości Revlon Colorstay tutaj. Wszystko się jednak zmieniło kiedy odkryłam lakiery do ust. Mam swoje osobiste, najlepsze na świecie top 3. Dzisiaj pierwsza pozycja Pure Color. Jest to kolor Fuchsia Flash - mocny, fuksjowy róż. Uwielbiam konsystencję tego lakieru - ciężką lepką, gęstą. To sprawia, że moje usta są miękkie, gładkie, nawilżone i odżywione. Zachwyca mnie również jego kolor: głęboki, błyszczący, z maleńkimi opalizującymi drobinkami - wygląda jak różowy śnieg ;). Nie mogę też nic zarzucić trwałości. Stopniowo się ściera po kilku godzinach. Dla mnie jest to jeden z ideałów. A co Wy myślicie o lakierach do ust? Macie jakieś ulubione?
sobota, 7 czerwca 2014
Mavalyczna masakra
Założenie tego bloga było takie, że pokazuje Wam kosmetyki, które są best of the best albo te, które bardzo mnie zawiodły. Dzisiaj mamy do czynienia niestety z tą drugą grupą. W tuszu do rzęs Mascara Creamy firmy Mavala pokładałam OGROMNE nadzieje. Po pierwsze dlatego, że mają genialną odżywkę do paznokci, po drugie dlatego, że maskara ma fajną zaokrągloną szczoteczkę. Jednak na tym się kończą jej zalety. Tusz jest bardzo gęsty przez co skleja rzęsy i pozostawia nieestetyczne grudki. Dodatkowo opakowanie coś szwankuje bo bardzo dużo tuszu zostaje na szczoteczce przez co nie można nią wyczesać nadmiaru. Po całym dniu jeszcze się osypuje. Serio, jest NAJGORSZY z wszystkich, które miałam.
Mam jednak pomysł! Jeżeli nadal zastanawiasz się, czy nie chciałabyś go sprawdzić to mogę Ci go oddać. Po prostu. Użyłam go tylko raz bo jest naprawdę bardzo badziewny. Dlatego jeśli nadal chciałabyś go przetestować i nie brzydzisz się faktu, że raz go użyłam to napisz do mnie maila. Pierwsza osoba, której zgłoszenie dostanę na skrzynkę dostanie tusz. Szkoda marnować pieniędzy na kiepskie kosmetyki, a ja z chęcią oddam Wam wszystkie, których nie lubię ;) Jak Wam się podoba pomysł?
poniedziałek, 12 maja 2014
Kolorowy Eris!!!
Mam nadzieję, że już wszystkie z Was wiedzą: nasza polska, rodzima marka wypuściła niesamowitą serię kosmetyków kolorowych! Mamy polskie Estee Lauder, polskie Lancome.. Tak, tak, z tą grupą docelowo kosmetyki z linii Provoke mają konkurować. Osobiście uważam, że będą! Mogę się pochwalić, że pomacałam wszystkie cacuszka w linii, pomalowałam sobie nimi wszystko, co mogłam pomalować, w związku z czym mogę się obiektywnie wypowiedzieć. Wszystko zaczęło się od sprzedawanych w Sephorze podkładów. Teraz są ich trzy rodzaje: matujący, rozświetlający i liftingujący. Osobiście uważam, że rozświetlający jest najlepszy na Świecie! Naturalny, delikatny, subtelny. Kryje, ale nie obciążą. Skutecznie dodaje blasku skórze.
Moimi kolejnymi faworytami są pudry! Wszystkie! Nie dość, że są przepiękne, to jeszcze niesamowicie funkcjonalne. Różyczka subtelnie rozświetla, ma delikatne drobinki, które wręcz opalizują skórę. Puder sypki ma cudowną gąbeczkę i przypomina mi cudowne czasy pin up girls, kiedy puder nakładało się delikatną gąbeczką. Przepiękny jest również puder brązujący, nie bez powodu nazywa się choco - zwróć uwagę na jego wygląd :). Dla mnie jest jednak trochę zbyt ciemny. Natomiast modelator twarzy mam wrażenie, że jest połączeniem rozświetlacza i pudru brązującego. Idealnie spełnia obie role.
Kosmetyki można kupić w bardzo przystępnych cenach (60-85 zł) w wielu drogeriach. Moje na stałe zagoszczą w kosmetyczce. Dają mi poczucie odrobiny luksusu w życiu codziennym. A Wy posiadacie już swoje ulubione kosmetyki Provoke?
wtorek, 22 kwietnia 2014
Tusze na wiosnę!
Jak wszyscy widzą przyszła wiosna, a wraz z nią wielka pobudka Lipstickonthemap. Mam świadomość, że nie było mnie strasznie długo. W związku z tym niesamowicie Wam dziękuję, że czekaliście, aż się ogarnę i pozbieram, że motywowaliście do dalszej pracy, nawet że krzyczeliście, żeby zadziałać motywująco. Dziękuję z całego serca.
Zauważyłam, że o niebo ciężej jest mi się zabrać do postów, jeżeli z góry założę, że będą długie. Zatem Wielki Test Tuszy nie będzie miał tak jak przewidywałam dwóch części (tutaj możesz znaleźć część pierwszą) tylko MILIJONY części! Dzisiaj pokażę Wam tusze, których ostatnio najczęściej używam. Do zdjęć wykorzystałam moją niezastąpioną modelkę Magdalenę .
Pierwszym tuszem jest Bad Girls Ingrid. Po pierwsze to o dziwo polska firma! Zawsze się na maksa jaram, jak okazuje się, że polska firma robi dobre kosmetyki. Ten dokładnie taki jest: pogrubia rzęsy, rozdziela je i odbija u nasady. Dodatkowo przez cały dzień utrzymuje się na rzęsach, nie obsypuje się i nie ściera. Kosztuje około 11 zł, więc warto mieć go po prostu pod ręką. Kolejnym plusem jest to, że można kupić go przez internet tutaj. Więcej informacji możecie znaleźć na fp Verony na Facebooku :).
Kultową wręcz pozycją jest tusz Great Lash Maybelline (ok. 13 zł). Wszystkie gwiazdy i , co najważniejsze ich makijażyści, kochają ten tusz. Po pierwsze dlatego, że niczego nie udaje, nie kreuje się na drogi kosmetyk. Jest dokładnie taki, jaki powinien być tusz i robi to, co powinien robić tusz. Maluje rzęsy, nie skleja ich, delikatnie wydłuża. Ma małą szczoteczkę, która bez problemu dotrze do każdego, nawet najmniejszego włoska. Stanowczo jeden z moich faworytów.
Tusz Noir Couture Mascara Givenchy (ok. 140 zł) delikatnie mnie rozczarował. Maluje rzęsy na głęboki czarny kolor, pogrubia je, delikatnie wydłuża. Jednak przez wymyślną trzykomorową szczoteczkę nabiera zbyt dużo tuszu i niesamowicie skleja rzęsy. W związku z tym malowanie ich trwa wieczność, bo najpierw malujemy rzęsy, a potem wyczesujemy z nic nadmiar tuszu. Stanowczo dla cierpliwych.
Tusz Full Exposure Smashboxa (ok. 95 zł) jest niezastąpiony. Stosuję go na wszelkie większe wyjścia, rozmowy kwalifikacyjne i romantyczne randki :). Ma OGROMNĄ szczoteczkę, która doskonale pogrubia rzęsy, wydłuża rozczesuje, a co zadziwiające maluje nawet najmniejsze z nich, schowane w kącikach oka. Jest niesamowicie wydajny, mam go od roku i nie wysechł, dalej dzielnie mi służy. W ciągu dnia sprawia się idealnie, nie obsypuje się, nie zbiera w kącikach oka. Stanowczo mogę go polecić każdej z Was. Wiem niestety, że kosztuje niemało, ale WARTO w niego zainwestować. Z ręką na sercu!
Na koniec mogę dodać, że mam nadzieję, że nie zapomnieliście o Lipstickonthemap na Facebooku? Zawsze jak zbyt długo nie będzie się pojawiał wpis to tam możecie na mnie krzyczeć i dodawać motywacji i weny :).
Etykiety:
bad girls,
full exposure,
givenchy,
great lash,
ingrid,
jaki tusz wybrac,
kosmetyki kolorowe,
maybelline,
noir couture mascara,
smashbox,
tusz do rzęs
środa, 26 lutego 2014
Chanelowe szaleństwo - Rouge Allure
Wiecie już wszyscy, że uwielbiam eksperymentować z kosmetykami, kolorami, fakturami, tak było i tym razem. Gdy tylko zobaczyłam Rouge Allure o kolorze Farouche, to wiedziałam, że muszę ją mieć. Zdjęcia niestety nie oddają koloru, jest ona jednak ciemnobordowa, połączenie burgundu i brązu. Na ustach kolor jest znacznie delikatniejszy, a dodatkowo mieni się mnóstwem malusieńkich złotych drobinek. Osobom, które nie są weterankami ciemnych, mocnych szminek polecałabym dodatkowo użycie konturówki. Ja jednak używam jej solo, nawet delikatnie rozcieram na konturach ust, mam wówczas wrażenie, że jestem rockowa ;p Jest to wyjątkowo łatwe bo szminka ma bardzo kremową konsystencję. Jedyną jej wadą jest długość utrzymywania się na ustach. Nie jest jakaś zachwycająca - klika godzin wygląda idealnie tak, jak ją nałożyłam, z biegiem czasu się wyciera i zjada, pozostaje wówczas delikatna poświata koloru na ustach. Czy jestem zadowolona? Bardzo! Czy kupiłabym ponownie, owszem - odrobina luksusu każdemu się należy, a mając ją w torebce czuje się odrobinę jak Marylin Monroe ;)
niedziela, 9 lutego 2014
Powrót w wielkim stylu The Balm!
Właśnie sprawdziłam, nie było mnie miesiąc.. To nie tak, że mi minęło, że nie chciałam - po prostu nie mogłam. Jednak z racji tego, że tylko winny się tłumaczy, ja stanowczo nie będę, tylko przejdę od razu do sedna naszego posta - The Balm!
Firma jest fenomenalna i o tym wszyscy wiemy. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła tego na własnej skórze. Największym minusem tych produktów jest ich cena - żeby przetestować te cztery produkty mam wrażenie, że musiałam obrabować bank. Natomiast największą zaletą jest ich wygląd. Po prostu chce się je kupić, chce się ich używać, chce się mieć je blisko, na własność, we własnej torebce i macać, macać, macać! Mam nadzieję, że nie tylko ja mam takie odczucia bo zacznę się podejrzewać o stany maniakalne, ale jedno jest pewne - uwielbiam pin up. Jest to totalnie kobiecy i totalnie odlotowy styl!
Zaczniemy od najsłabszego ogniwa. Mam wrażenie, że nie jestem zbyt wymagająca w kwestii tuszów. Wystarczy, żeby nadawał kolor i delikatnie pogrubiał rzęsy. Ten jednak nie robi nic. Dobrze, nadaje kolor, ale poza tym nie ma jakiś specjalnych właściwości, a już na pewno nie nadaje się do makijażu pin up z najdłuższymi rzęsami świata.
Róż do policzków Hot Mama! jest naprawdę hot! Na maksa. Delikatnie opalizuje, i pozwala na stopniowe nakładanie. Można nałożyć jedną warstwę i uzyskać bardzo delikatny efekt, a można nałożyć pięć warstw i mieć mocno zarysowane policzki. Jednak jedno jest w nim zaskakujące - mam wrażenie, że jest to jedyny róż, z którym nie można przesadzić. Idealny dla osób, które uczą się obsługi różu, nie znają jeszcze na tyle swojej twarzy, żeby doskonale podkreślić jej zalety i ukryć mankamenty. Delikatny, stonowany, przywraca blask zmęczonej cerze.
Jednak mistrzami przywracania blasku są ci dwaj bohaterowie! Tak, z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że są to bohaterowie. Musze się przyznać, że nie raz zdarza mi się nadużywać dobroci mojego organizmu i wymęczyć go na wszelkie możliwe sposoby. Wówczas moja cera robi się szara, bez wyrazu, a oczy są bardzo zmęczone. Wtedy do akcji wkracza rozświetlacz. Ma delikatną kremową konsystencję. Jest niesamowicie wydajny, wystarczy odrobina nabrana na pędzel, żeby rozświetlić całą twarz. Osobiście szczególnie skupiam się na oczach (robiąc delikatny makijaż stosuję go zamiast cienia do powiek), nosie i policzkach. Mam wrażenie, że jest to najlepszy rozświetlacz na rynku, a już na pewno jest wart swojej ceny. Oczywiście, dodatkowo wygląda wręcz zjawiskowo!
Ostatnim pomocnikiem w ukrywaniu wszelkich oznak niewyspania jest bronzer Betty-lou Manizer. Również ma niesamowicie delikatną konsystencję, jest jednak dość mocno napigmentowany. Trzeba uważać z jego ilością. Ma za to niesamowitą zaletę - również jest opalizujący, pełen malutkich drobinek odbijających światło, dzięki temu łatwiej nam uzyskać efekt delikatnie opalonej skóry. Kolejny totalnie odjechany produkt, absolutnie wart swojej ceny.
Etykiety:
betty-lou manizer,
bronzer,
cheater,
hot mama,
kosmetyki kolorowe,
magda modelka,
mary-lou manizer,
rozświetlacz,
the balm,
tusz do rzęs
niedziela, 29 grudnia 2013
Sylwestrowa..twarz? Pomocnicy makijażu!
Dzisiaj będzie ostatnia telekspresowa seria przed sylwestrem bo już za godzinę wyjeżdżam nad morze i nie będę miała dostępu do internetu aż do Nowego Roku (jedyna relacja dostępna będzie na profilu na fb). Wcześniej jednak chciałam Wam pokazać moje ulubione produkty do rozświetlania twarzy i dekoltu. Pierwszą propozycją są pudry rozświetlające w pędzelku. Idealne do poprawek, bez problemu mieszczą się torebce i nie rozsypują. Osobiście wolę Lieraca za fenomenalny zapach i filtr UV. Ma on też bardziej złoty kolor. Drobinki Golden Rose są jaśniejsze i widoczniejsze niż Lieraca. Jednak jeden i drugi puder niesamowicie łatwo się aplikuje i utrzymuje na swoim miejscu przez długi czas.
Doskonałym produktem jest również rozświetlacz Lancome. Niestety absolutnie nie pamiętam skąd go mam. Wybierając fajne rzeczy z mojej kosmetyczki na potrzeby tego posta po prostu wpadł mi w ręce. Mam go od zeszłego roku i odkrywam coraz więcej jego zastosowań: jako rozświetlacz do ciała, do policzków, nałożony w wewnętrznych kącikach oka, czasami nawet nakładam go na włosy lub jako cień do powiek na całej powiece. Latem jest niezastąpiony, a dodatkowo jest bardzo wydajny. Stosuję go od roku, a jego końca nie widać!
Kolejnym must have sylwestrowego looku jest korektor. Każda z nas ma inne potrzeby, a ten jest idealny dla nas wszystkich! Ukrywa: niedoskonałości, naczynka, zasinienia, zaczerwienienia i pryszcze! Ma bardzo gęstą kremową konsystencję więc trzeba uważać, żeby nie nałożyć go zbyt wiele. Jednak jest niezastąpiony bardzo długo kamufluje nasze mankamenty i nie tworzy na nich maski. Właśnie spakowałam go do torby ;).
Nad marką Paese rozpływają się wszystkie blogerki. Ja odkryłam u nich mój idealny puder. Matuje, a nie wysusza, efekt jest długotrwały i totalnie matowy. Kusi mnie jeszcze zakup ich transparentnego pudru ryżowego, ale to po nowym roku. Na razie ten sprawuje się najlepiej ze wszystkich.
Teraz dwa rozświetlacze, które towarzyszą mi od bardzo dawna. Artdeco kupiłam w zeszłym roku, natomiast z Sephorą przyjaźnię się od dobrych kilku lat (tak, wiem kosmetyki mogą się przeterminować ;P). Oba są wspaniałe, jak wszystkie pokazywane przeze mnie kosmetyki, jednak różnią się totalnie. Artdeco jest jasny, delikatny, miesza w sobie wiele pigmentów, pasuje do każdej karnacji. Wystarczy nałożyć odrobinę by twarz była mniej zmęczona. Dodatkowo ma takie piękne opakowanie. Natomiast Sephora mam wrażenie nadaje się bardziej do ciała. Ma znacznie większe drobinki,ciemniejszy odcień jednak jej efekt jest spektakularny i długotrwały. Jak widać jest również nieśmiertelna, tak od 5 lat używam tego samego roświetlacza i się tego nie wstydzę bo jest on niezastąpiony!
Ostatnie są pudry brązujące. Bardzo mnie denerwuje fakt, że polki tak mało rozświetlają i modelują swoją twarz. A to takie proste! Rozświetlamy wierzch nosa, kąciku oczy, łuk kupidyna i policzki, a modelujemy skronie i rzuchwę. Tak w ekspresowym tempie, podstawowe informacje ;). Przedstawione produkty: Inglot i Avon Glow są na tyle delikatne, że nie da się zrobić nimi krzywdę. Bardzo delikatnie tonują skórę i sprawiają, że nasza twarz ma lepiej zarysowane kości, wydaje się smuklejsza i po prostu mniej zmęczona.
Ja tymczasem biegną dopakować ostatnie rzeczy i wsiadam do samochodu. Wam życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Wspaniałego sylwestra, udanych stylizacji i żebyście błyszczały całą noc, zarówno wyglądem jak i osobowością! Tańczmy do białego rana! Bardzo chętnie pooglądam Wasze sylwestrowe stylizacje wystarczy wysłać mi zdjęcie w wiadomości prywatnej albo wstawić na tablicę, albo otagować #lipstickonthemap (post musi być publiczny). Wszystkie chwyty dozwolone! Do zobaczenia w 2014 roku!
Etykiety:
artdeco,
avon,
golden rose,
inglot,
kobo,
korektor,
kosmetyki kolorowe,
lancome,
lierac,
pease,
puder brązujący,
puder matujący,
puder rozświetlający,
sephora
Subskrybuj:
Posty (Atom)










