Każdy, kto mnie zna, wie, że jak się w coś wkręcę,
to zawsze na maksa. Tak było i tym razem. Kiedy tylko zobaczyłam lakiery Salon PRO
Rimmela, stwierdziłam, że jestem w niebie i biorę je wszystkie! Zaadoptowałam 7 kolorów: 500 –
peppermint, 402 – urban purpule, 317 – hip hop, 247 – is’n she precious?, 705 –
reggae splash, 701
–
jazz funk i 711 – punk rock. Jak widać, oprócz cudnych kolorów
mają też fantastyczne nazwy. A teraz przejdźmy do samego produktu... Jego największą
zaletą jest bardzo gruby pędzelek, dzięki któremu można pomalować paznokieć zaledwie dwoma
pociągnięciami, co znacznie skraca czas manikiuru. Dodatkowo bardzo szybko
schnie – kiedy skończymy malować obie ręce, to pierwszy pomalowany paznokieć będzie już suchy. Krótki czas schnięcia jest w tym przypadku bardzo ważny, ponieważ lakiery te potrzebują nałożenia dwóch warstw dla osiągnięcia odpowiedniego efektu. Ale w sumie, który
nie potrzebuje...? Jednak największym ich lakierów Rimmel Salon PRO jest to, że się długo trzymają.
Jak na zwykłe lakiery bez drobinek, brokatu czy też efektu piasku zasługują na miano niezniszczalnych.
Prałam, sprzątałam, myłam naczynia i lakier odprysnął mi tylko w jednym
miejscu. To sukces – nie oszukujmy się! Jak widać mają też piękne, a wręcz pyszne kolory – w sam raz na szaroburą jesienną aurę. Przypomną
nam barwy wiosny i lata, wprowadzając do naszego wygląd choć odrobinę wakacyjnego słońca. Za 12 ml
owego cuda zapłacimy tylko 19 zł, więc warto, warto!
piątek, 29 listopada 2013
czwartek, 28 listopada 2013
Avonowe SPA
Przyznam się bez bicia – nienawidziłam Avonu. Uważałam, że
to beznadziejna firma, mająca dobrego grafika i robiąca dobre katalogi. No może
jeszcze uwielbiałam ich malutkie testery szminek, ale kto ich nie kochał?
Pamiętam jak zamawiałam balsamy rozświetlające w sprayu, które okazywały się
wodą z mikro dawką brokatu. Ale.. I teraz będzie bardzo ważne ALE. Spotkałam
bardzo fajną konsultantkę, która bez lania wody powiedziała mi co jest dobre,
co jest złe i co koniecznie muszę kupić. Oczywiście, nie wszystkie zakupy są
trafione, ale niektóre rzeczy okazały się niesamowite! Jedną z nich są maseczki
Planet SPA. Ich regularna cena to 26 zł, ale bez problemu można je znaleźć w
promocji za 10, albo poszukać zestawów z saszetkami maseczek, żeby je
wypróbować J
Więc po kolei:
1.
Moja ulubienica: WYGŁADZAJĄCA MASECZKA DO
TWARZY. Jest niesamowita. Zakłada się ją, wysycha, zrywa się ją (trzeba uważać,
w okolicy brwi boli) i skóra jest miękka, oczyszczona, odżywiona i bardzo
gładka. Nie wiem czy ona po prostu wyrywa włoski, które są na twarzy i
pozostawia takie wrażenie, czy działa cuda. Ale po zastosowaniu moja skóra
wygląda jak pupa niemowlaka. Tylko bez zapalenia mieszków włosowych.
2.
REWITALIZUJĄCA MASECZKA DO TWARZY CHIŃSKI
ŻEŃ-SZEŃ. Też typu peel of. Nie daje jednak takiego uczucia wygładzenia. Za to
bardzo dobrze rozświetla. Skóra jest miękka, delikatna i wygląda na wypoczętą.
Szkoda tylko, że nie można jej nałożyć w okolice oczu bo podrażni delikatną
skórę
.
3.
ODŻYWCZA MASECZKA DO TWARZY Z MASŁEM SHEA.
Stanowczo nawilża – widzę to nawet ja, choć nie jestem najlepszą testerką
kosmetyków nawilżających bo moja skóra po prostu tego nie potrzebuje. Nie wiem
czy są spektakularne efekty, bo nie da się u mnie tego zaobserwować. Ale skoro
nawet moja skóra staje się bardziej miękka, sprężysta i gładka to chyba znaczy,
że działa, prawda?
4.
MASECZKA BŁOTNA DO TWARZY Z MINERAŁAMI Z MORZA
MARTWEGO. Kolejna z serii moich ulubionych. Bardzo przyjemnie pachnie! Po
odczekaniu kilkunastu minut skóra jest jak nowonarodzona. Oczyszczona,
nawilżona, gładka, miękka – serio! I nie daje takiego maksymalnego efektu
ściągnięcia, troszkę jest, ale praktycznie nieodczuwalny.
5.
REWITALIZUJĄCA MASECZKA DO TWARZY HIMALAJSKIE
JAGODY GOI. To jest moja największa zagadka. W sumie jak nie wiem czego
potrzeba mojej skórze to ją robię. Działa w miarę ok, coś nawilża, coś
wygładza, skóra jest bardziej miękka, ale zachwycać się nią nie będę, mimo, że
stosuję raz w czas J
6.
MASECZKA DO TWARZY Z GLINKA Z TURECKIEJ ŁAŹNI
TERMALNEJ. TOTALNIE odjechana! Super pachnie. A podczas działania zmienia
kolor! Oczyszcza skórę do granic możliwości, dając jej możliwość do
pooddychania. Reguluje wydzielanie sebum i działa przez długi czas. To
opakowanie jak widać na zdjęciu już mi się kończy, a nie zawaham się kupić
kolejne.
7.
LUKSUSOWA MASECZKA DO TWARZY Z EKSTRAKTEM Z
CZARNEGO KAWIORU. Ma piękne opakowanie, wręcz najpiękniejsze (tak, wiem
pozostałe maseczki zmieniły ostatnio design). Jej działanie jest spoko, ale nie
nazwałabym jej luksusową. Rozświetlające drobinki są zbyt duże jak na drobinki
i po prostu nie zostają na skórze. W gruncie rzeczy jest taka, że mogłoby jej
nie być..
Na zdjęciu pokazane są maseczki po nałożeniu (lewej kolejno
nr 1, nr 2,…, nr 7) i po wyschnięciu.
po nałożeniu
po nałożeniu
po wyschnięciu
wtorek, 26 listopada 2013
Detalistka: OPI + Mohito
Jestem detalistką. Czy chcę, czy nie muszę się do tego
przyznać. Uwielbiam małe, niezauważalne, lecz totalnie odjechane rzeczy. Zwracam
uwagę na kolorystykę nawet najmniejszych detali. Tak jest i tym razem. Najpierw
były buty (250 zł, czyli jak na buty całkiem spoko). Jak tylko zobaczyłam je w Mohito to oszalałam. Ten piękny srebrny
wyróżniający się obcas. Całe czarne, nie będą przemakać! Przymierzyłam – mega wygodne!
Ideał.
Potem był lakier. Oszalałam po raz kolejny. Powiem szczerze,
że nie przepadam za lakierami OPI, uważam, że mają zbyt duże opakowania (nie
jesteśmy w stanie zużyć go całego) i że są stanowczo za mało trwałe jak na taką
cenę. Jednak jak zobaczyłam kolor Haven’t the foggiest to stwierdziłam, że musi
być mój. Kosztował 40 zł, ale jest absolutnie wart swojej ceny. Nie wygląda jak
Minxy, ale daje niesamowity metaliczny błysk i blask. Jego dodatkową zaletą
jest trwałość. Tak, trzymał mi się na paznokciach przez tydzień. Podkreślam
TYDZIEŃ! Łatwo też zrobić nim nieskazitelny manikiur, trzy przeciągnięcia
pędzla i gotowe! Jedna warstwa zapewnia doskonałe krycie, jednak chcąc uzyskać
pełnię koloru polecam dwie warstwy.
Tym sposobem polecam zarówno lakier OPI, jak i buty Mohito.
Stanowią idealny duet, zakładając do tego czarne spodnie i jakiś uroczy sweter
będziemy wyglądać elegancko, zimowo i niezmiernie intrygująco. I zapewniam Was,
każdy zwróci uwagę na Wasze paznokcie. Nie da się od nich oderwać wzroku.
niedziela, 24 listopada 2013
Podróżnicza paletka H&M
W podróżach również starami się, chociaż delikatnie,
malować. Nie, nie jest tak, że nie wyobrażam sobie wyjścia bez make upu bo
często go nie nakładam. Jednak wyjazdy to taki czas relaksu, kiedy chcę ładnie
wyglądać. Za każdym razem, jak każdy z nas, staram się kompresować bagaż. Jakim
więc sposobem wsadzić tam tyle kosmetyków? Z pomocą przyszła moja przyjaciółka
(M. <3), która kupiła mi paletkę cieni z H&M.
Niestety w związku z tym, że dostałam ją w prezencie nie jestem
w stanie powiedzieć Wam ile kosztuje, ale mogę opowiedzieć Wam naszą wspólną
historię. Na samym początku podchodziłam do niej bardzo sceptycznie, H&M i
kosmetyki? Hm.. Jednak różnorodność odcieni mnie przekonała i się w niej
zakochałam. Ma praktycznie same zalety. Dzięki wielu kolorom można z nią
poszaleć. Dzięki różnym odcieniom danego koloru można nią cieniować i
stopniować intensywność makijażu. Jest bardzo trwała, bez problemu wytrzyma
cały dzień nie zmieniając swojego miejsca. Niektóre rozświetlające drobinki
mogą jedynie trochę migrować, ale kolor pozostaje na swoim miejscu. Jest
niesamowicie poręczna, wydajna (!) mam ją już półtora roku i końca nie widać. A
przegródki na poszczególny cień są tak małe, że nie ma się wrażenia, że cień
będzie się marnował. Dodatkowym plusem jest fakt, że niektóre cienie są
opalizujące, a inne matowe – dzięki czemu można uzyskać jeszcze ciekawsze
efekty! Przedstawiam przykładowe stylizacje:
Podoba się? :) Z paletką na prawdę można zaszaleć. Smokey eyes w brązach, fioletach, zieleniach, niebieskim, klasyczne, a nawet pomarańczowe!!!
Jak dobrać podkład?
Przyznam szczerze, że dość sporym zdziwieniem dla mnie było to, że dostaję tak dużo pytań, jak dobrać sobie podkład. Myślałam, że znalezienie dobrego tuszu przysparza problemów, trwałej szminki, dobrego kremu ale podkłady są w miarę łatwe, a tu takie zdziwienie. Tak więc odpowiadając na wszystkie wątpliwości czytelników śpieszę z pomocą. Podkład powinno się wybierać w dziennym świetle. Jest to o tyle ważne, że jak nie znasz się na zmianie koloru pod względem występującego światła to możesz dobrać zbyt ciemny kolor. Odcień kosmetyku powinno się testować albo bezpośrednio na twarzy, albo na szyi, albo ewentualnie na wewnętrznej stronie nadgarstków. Są to miejsca, które zupełnie inaczej się opalają, zupełnie inaczej reagują na słońce, dzięki czemu możemy być pewni, że znajdziemy kolor podobny do koloru naszej skóry. Podkład powinien być idealnie w odcieniu naszej skóry. Zarówno zbyt ciemny, jak i za jasny dadzą okropny efekt maski. Musi się on wręcz wtapiać w naszą skórę. Bardzo ważne jest również to, żeby nie nakładać zbyt wiele kosmetyku na twarz (nawet tego dobrze dobranego). Jedno wyciśnięcie pompki to idealna ilość na posmarowanie całej twarzy. W miarę równomiernie rozprowadzamy podkład na trzech strategicznych miejscach: czoło, policzki i broda. A następnie rozsmarowujemy po całej twarzy. Dzięki temu uzyskamy równomierny efekt bez linii przy włosach bądź pod brodą. A teraz konkretne problemy, z którymi się do mnie zgłaszacie.
1. Bardzo jasna karnacja
Część Polek ma bardzo jasną karnację i uważają, że dobranie dla nich podkładu jest niemożliwe. Cóż bardziej mylnego. Bardzo wiele marek ma niesamowicie bogatą linię kolorystyczną. Zaczynając od tańszych odpowiedników poprzez te najwyższe cenowo. Kilka moich propozycji (W tym poście zastosowane zostaną zdjęcia ze stron internetowych, gdyż większość z tych podkładów znam, jednak nie mam na stanie, żeby zrobić własne zdjęcia. Poza tym nie jest to test, nie opisuję ich walorów i wad tylko przestawiam moje propozycje na konkretny problem).
1. Bardzo jasna karnacja
Część Polek ma bardzo jasną karnację i uważają, że dobranie dla nich podkładu jest niemożliwe. Cóż bardziej mylnego. Bardzo wiele marek ma niesamowicie bogatą linię kolorystyczną. Zaczynając od tańszych odpowiedników poprzez te najwyższe cenowo. Kilka moich propozycji (W tym poście zastosowane zostaną zdjęcia ze stron internetowych, gdyż większość z tych podkładów znam, jednak nie mam na stanie, żeby zrobić własne zdjęcia. Poza tym nie jest to test, nie opisuję ich walorów i wad tylko przestawiam moje propozycje na konkretny problem).
Na początek na prawdę spory wybór kolorystyczny marki Pupa.
Oczywiście niezawodna Sephora. Idealne połączenie dobrej jakości z dobrą ceną i niesamowita gama kolorystyczna!
Inglot i równie ogromna gama kolorów.
Niezastąpione podkłady Make Up For Ever, niestety wyższa półka cenowa, ale bardzo dobra jakość.
Oraz last but absolutely not least Revlon, który ma takie możliwości kolorystyczne, że nawet mnie zadziwił.
2. Cera wrażliwa
Okazało się również, że bardzo dużo osób nie może używać podkładów bo dostaje uczulenia. Na szczęście coraz częściej produkowane są specjalistyczne kosmetyki, które nie zawierają substancji uczulających, silikonów, czy związków zapychających pory. Najlepsze z nich to:
Hit nad hity. Jednak cena jaka jest, każdy wie ;)
Apteczna, niezastąpiona marka, nic złego nie ma prawa się wydarzyć.
Tak jak wyżej ;)
Bardzo delikatny kosmetyk, w rozsądnej cenie. Dostępny w większości drogerii.
Apteczny hit w świetnej cenie. Bardzo łatwo dostępny i bardzo dobry! Szczerze mogę polecić!
Marka Paese, czyli moje najnowsze odkrycie. Również na ich podkładach się nie zawiodłam. Te dodatkowo są z linii specjalistycznej, czyli w każdej buteleczce znajdziemy coś dobrego w zależności od potrzeb.
Na razie tyle w temacie doboru podkładu. Mam nadzieję, że pomogłam części z Was. Część może natchnęłam do bliższego przyjrzenia się swojemu podkładowi :). Jeżeli nadal macie jakieś pytania to śmiało piszcie na lipstickonthemap@gmail.com albo na facebook.com/lipstickonthemap . Zawsze, jeżeli już zupełnie nie macie pomysłu co powinniście wybrać to możecie się wybrać ze mną na zakupy. Chętnie doradzę! :)
środa, 20 listopada 2013
Sekret pięknej skóry
Tak, to dzisiaj nadszedł ten dzień, kiedy zdradzę Wam sekret
pięknej skóry. A przynajmniej mój sekret pięknej skóry. No, może jeden z
sekretów. Jest nim Krem Peelingujący II stopień złuszczania Pharmaceris.
Może zacznę od tego, że nie mam cery trądzikowej. Przy tym
kremie to chyba najważniejsza informacja, skóra z ostrymi, zapalnymi zmianami
trądzikowymi zupełnie inaczej reaguje na preparaty niż normalna skóra. Jakiś
czas temu cera zaczęła mi się pogarszać. Robiły się pojedyncze wypryski,
pojawiła się kaszka i liczne krostki. Postanowiłam wówczas potraktować ją silną
terapią kwasową. Nie konsultowałam tego z żadnym dermatologiem – może to i
błąd, ale dzięki temu nie nastawiłam się w pejoratywny sposób do produktu.
Najpierw używałam go przez około tydzień codziennie, ale wyskoczyło mi
uczulenie w postaci jeszcze gorszej kaszki (jest to absolutnie normalna reakcja
na działanie kwasów, retinol działa podobnie). Tymczasowo go odstawiłam i
używałam raz w tygodniu aż do unormowania sytuacji. Potem powtórzyłam kurację
codzienną. Teraz raz na jakiś czas powtarzam sobie taką kurację i ogromnie
sobie ją chwalę. Krem zawiera 10% kwas migdałowy, który reguluje odnowę
komórkową, złuszcza wierzchnie warstwy naskórka, a tym samym poprawia strukturę
i koloryt skóry. Działa też przeciwzmarszczkowo oraz wykazuje silne działanie
antybakteryjne, dzięki temu łagodzi stany zapalne skóry, goi wypryski i zmiany
trądzikowe. Kosztuje ok. 40 zł, więc stanowczo nie jest to wygórowana
cena. Z uwagi na zawartość silikonów ma konsystencję podobną do bazy i
pozostawia po sobie cieniutki film na skórze.
Pchnie dość neutralnie, zresztą jak cała marka Pharmaceris.
Nie powinien uczulać, może wystąpić (a nawet na pewno wystąpi) jedynie reakcja
podrażniająca na kwas. Ale to normalne. Ważne jest, żeby krem rano zmyć i
nałożyć na twarz krem z filtrem. Nie popadajmy jednak w przesadę, nie musi to
być faktor 50, po którym będziemy się świecić jak psu jaja. Użyjmy kremu,
którego używamy na co dzień i podkładu, któryś z nich będzie miał filtr 15/20.
Ogromną zaletą tego kremu jest jego wydajność. Jedną butelkę mam już dobre pół
roku i nadal bliżej jej do początku niż do końca.
A Wy używacie kremów z kwasami? Jakie są Wasze
doświadczenia? Macie jakiś ulubiony?
P.S. Powstał fanpage Lipstickonthemap. Jeżeli chcesz na
bieżąco śledzić wszystkie recenzje i posty, to zapraszam do lajkowania tutaj.
wtorek, 19 listopada 2013
Post o postach
Może zacznę od tego, że czytam bardzo wiele informacji prasowych i informacji producenckich o kosmetykach. Naprawdę masę. W związku z tym mogę palcem pokazać osoby, które wstawiając produkt reklamowo nawet nie pokuszą się o napisanie czegoś od siebie, tylko żywcem kopiują informacje do posta. Mogłoby się wydawać, że u mnie jest podobnie bo dookoła same achy i ochy. Otóż nie! U mnie wiecznie będą same superlatywy. Założyłam ten blog, żeby opisywać kosmetyki dobre, bardzo dobre, wręcz najlepsze. Najlepsze z aktualnie dostępnych na rynku. Takie, których sama używam i mogę się na ich temat wypowiedzieć. Niestety firmy La Mer raczej też tutaj nie znajdziecie bo po prostu nie stać mnie, żeby w nią zainwestować i sprawdzić czy jest taka genialna. Jednak najważniejszą informacją tego posta jest to, że nie będzie tu negatywnych recenzji bo po prostu szkoda mi na nie czasu. Kosmetyki, które są na prawdę shitowe po prostu wyrzucam do kosza albo piszę i maluję po kartkach :).
Przykładowo ta pani ma na sobie wszystko: beznadziejny podkład, beznadziejny róż, beznadziejną szminkę, beznadziejny tusz do rzęs, a sama narysowana jest beznadziejną kredką do oczu. I to tego będą mi służyć kiepskie kosmetyki do malowania lub pisania uroczych wiadomości. Dlatego jeszcze raz powtórzę: na tym blogu pojawiają się same pozytywne recenzję bo to są produkty, które stosuję, uwielbiam, nigdy mnie nie zawodzą (nie mylić z LoFfCiAm, KoSsIaM). Ale są to stanowczo moje ulubione kosmetyki. Chyba, że któryś wyjątkowo zajdzie mi za skórę. To go obsmaruję, ale wtedy nie będzie zlituj bo będę wyjątkowo zdenerwowana.
Przykładowo ta pani ma na sobie wszystko: beznadziejny podkład, beznadziejny róż, beznadziejną szminkę, beznadziejny tusz do rzęs, a sama narysowana jest beznadziejną kredką do oczu. I to tego będą mi służyć kiepskie kosmetyki do malowania lub pisania uroczych wiadomości. Dlatego jeszcze raz powtórzę: na tym blogu pojawiają się same pozytywne recenzję bo to są produkty, które stosuję, uwielbiam, nigdy mnie nie zawodzą (nie mylić z LoFfCiAm, KoSsIaM). Ale są to stanowczo moje ulubione kosmetyki. Chyba, że któryś wyjątkowo zajdzie mi za skórę. To go obsmaruję, ale wtedy nie będzie zlituj bo będę wyjątkowo zdenerwowana.
poniedziałek, 18 listopada 2013
Test szminek w kredce
Szminki w kredce zawojowały ludzkość. Prawie każda z nas ma
jedną w swojej torebce. Tylko dlaczego? Bo są wygodne, praktyczne, dobrze
nawilżają usta, proste w użyciu i, co najważniejsze, podręczne.
Oto testowane
dziś szminki w kredce:
1.
Szminka Sephory ok. 40 zł
2. Just Bitten Kissable Revlon ok. 50
zł
3.
Miracle Lip Sorbet Lumene ok. 40 zł
4.
Color Stay Revlon Ultimate Suede ok. 50 zł
A teraz po kolei.
Szminkę Sephory używam na co dzień. Może dlatego, że mam
bardzo naturalny odcień, może dlatego, że po prostu genialnie nawilża usta.
Nakładasz raz i usta są nawilżone. Trwałość pozostawia wiele do życzenia, ale
ten problem mam praktycznie z każdą pomadką. Zostaje na kubkach, szklankach,
jedzeniu, a nawet na zębach.
Natomiast Just Bitten Kissable bardzo pozytywnie mnie
zaskoczył. Jej kolor na moich ustach też wygląda jak naturalny, jednak jest
delikatny, ale ciemnoróżowy. Na dodatek szminka obłędnie pachnie miętą, co daje
nam subtelne uczucie świeżości na ustach. Na szczęście nie daje efektu
mrowienia, który często mnie bardzo złości. Trwałość jest ciut wyższa niż w
przypadku Sephory, ale szału nie ma.
Miracle ma fantastyczny kolor. Serio. Odcień burgundu,
wiśni, aż ciężko mi go nazwać. Jeżeli nałożymy go na nawilżone usta to będzie
pięknie wyglądał i pięknie się błyszczał. Jednak jeśli nałożymy go na
spierzchnięte usta to zbierze się w zakamarkach. Jego trwałość jest absolutnie
najmniejsza. Mam wrażenie, że ściera się niemal pół godziny po nałożeniu.
A teraz mój absolutny faworyt. Mam wrażenie, że ta szminka
jest niezniszczalna. Dlatego też się tu znalazła, mimo że nie jest w kredce.
Przeszła naprawdę wiele testów bo nie mogłam uwierzyć w jej trwałość.
Przetestowałam ją na siostrze, na przyjaciółce, podczas całego dnia spędzonego
z dziećmi i podczas szalonych wieczorów na drinku i plotach. I wiecie co? Ani drgnęła!
Ma niesamowite kolory, ja mam dwa czerwony i ciemny róż. Nakłada się ją na
nawilżone usta bo sama w sobie ma dość suchą konsystencję. Trzeba uważać bo
usta mogą się potem trochę do siebie kleić, ale po chwili każdy do tego przywyka. Szminka nie odbija się ani na szklankach, ani na jedzeniu (żeby zrobić
zdjęcie na kartce musiałam połączyć ją z oleistym płynem do demakijażu).
Jedynym problemem może być fakt, że nie każdy płyn do mycia twarzy jest w
stanie ją zmyć. Serio! Zdarzało mi się rano wstać i mieć obramówki dookoła ust
od szminki. Jednak jest moim faworytem. Jedyną szminką, którą z całym serduchem
mogę polecić (Mam jeszcze kilka innych które polecam, ale nie aż tak.
Przynajmniej na razie ;)). Utrzymuje się cały dzień, więc po nałożeniu rano
można po prostu o niej zapomnieć na caaaaaalutki dzień.
niedziela, 17 listopada 2013
Ibuki Shiseido
Są kosmetyki, które po prostu zachwycają. Z uwagi na to, że
to są pierwsze wpisy to przedstawiam Wam moje absolutnie ulubione kosmetyki.
Nie najnowsze, nie najpiękniejsze, może nie dla wszystkich najlepsze, ale moje
ulubione. Stałam się fanką linii Ibuki marki Shiseido. Udało mi się trafić, na
zestaw podróżny, który oprócz tego, że wszędzie ze mną jeździ to jest stosowany
na co dzień. Teraz o samej linii jej głównym składnikiem jest PhytoResist
Complex – opatentowana formuła składników roślinnych, dzięki którym komórki
skóry utrzymane są w optymalnej kondycji i wzmocniona jest ich odporność na
działania negatywnych czynników. Działa
w trzech obszarach: zwiększa wytwarzanie NMF hamując proces obkurczania się
komórek, hamuje proces stratyfikacji, wzmacnia membranę podstawną zapewniając
płynne namnażanie się zdrowych komórek naskórka. W skład linii wchodzi 6
kosmetyków, które tworzą 5 zestawów odpowiadających konkretnym potrzebom naszej
skóry: zwalczaniu cienkich linii, silnemu nawilżeniu, ukryciu zmęczenia,
pozbyciu się niedoskonałości i wzmocnieniu skóry. Mi się udało kupić miniaturki
Pianki oczyszczającej, Toniku zmiękczającego i Emulsji wygładzającej (zestaw
zwalczający cienkie linie).
Teraz o samych produktach:
Pianka
oczyszczająca – MEGA WYDAJNA, serio! Wystarczy kropka wielkości grochu i można
nią dokładnie umyć całą twarz. Ze wszystkich znanych mi produktów najlepiej oczyszcza
twarz, usuwając nawet moją ukochaną nieusuwalną szminkę Revlon (będzie w
wieczornym wpisie ;)). Skóra pozostaje po niej delikatna i gładka. Daje
delikatny efekt ściągnięcia.
Tonik
zmiękczający – najsłabszy produkt z linii. Ma dość gęstą konsystencję jak na
tonik, bardziej przypomina serum. Niweluje ściągnięcie skóry pozostałe po
użyciu cudownej pianki.
Emulsja
wygładzająca – bogaty krem (osobiście stosowałam na noc). Pozostawia delikatny,
tłusty filtr. Za to rano skóra była wyraźnie nawilżona, gładka, miękka, widać
było, że przez noc idealnie się zregenerowała. Jedynym
mankamentem jest dość wysoka cena produktów. Jednak po ich sprawdzeniu nie będę
się wahała zainwestować to 140 zł w naprawdę skuteczny produkt do demakijażu.
Gentle Cleanser (139zł) - kremowa pianka
do oczyszczania skóry
Purifying Cleanser (139zł) - kremowy peeling
Softening Concentrate (119zł) -
skoncentrowany tonik
Refining Moisturizer (199zł) - lekki
wielofunkcyjny produkt nawilżający
Refining Moisturizer Enriched (199zł)
- wielofunkcyjny produkt nawilżający o gęstszej konsystencji
Protective Moisturizer (199zł) -
wielofunkcyjny produkt nawilżający, który chroni skórę przed UV
Eye Corrective Cream (178zł) - nawilżająco-rozświetlający krem pod oczyśroda, 13 listopada 2013
Baza Lumi Magique L’Oreal
Byłam absolutnie pewna, że nie znajdę odpowiedniego dla mnie
rozświetlacza. Ba, nawet dobrego dla mnie rozświetlacza. Zawsze albo się
rozsypywał tam gdzie nie powinien, albo roznosił się po całej twarzy, albo (o
zgrozo!) był różowy. Zawsze coś było nie tak. Jednak ostatnio postanowiłam dać
tym niesamowitym drobinkom jeszcze jedną szansę. Wypróbowałam bazę Lumi Magique
i oniemiałam. Serio. Wreszcie znalazłam coś, co idealnie odpowiada moim
potrzebom. Zupełnie nie wiem, jak ta baza, sprawdza się w swojej programowej
roli. Nigdy nie używałam jej pod podkład. Jednak jako rozświetlacz jest
idealna. Używam jej w wewnętrznych kącikach oczu, nad łukiem kupidyna i na
kościach policzkowych. Myślę, że świetnie sprawdzi się również jako
podkreślenie kości obojczykowych. Ma lejącą się konsystencję, dzięki czemu już
odrobina wystarczy, żeby odświeżyć make up. Jeżeli trochę przesadzimy, albo
chcemy mieć bardziej casualowy wygląd to wystarczy przypudrować ją i drobinki
bardzo delikatnie rozświetlą nam okolice twarzy. Niesamowitym jej plusem jest
właśnie wydajność. Jedno wyciśnięcie pompki wystarcza spokojnie na pokrycie
całej twarzy i szyi (jeżeli ktoś używa jej jako zwykłej bazy) albo na
rozświetlenie kilku codziennych stylizacji. Na dodatek naniesione drobinki nie
przemieszczają się. Raz nałożone na kości policzkowe nagle nie lądują cudownie
na brodzie, dzięki czemu nasz makijaż jest estetyczny przez wiele godzin. Super
do rozświetlenia zmęczonej cery w codziennym make upie i fajna do zwariowanych
wieczorowych stylizacji. Kto wie, jakie jeszcze zastosowanie można dla niej
znaleźć J
Fajne podręczne opakowanie. Można zabrać ze sobą nawet na podkład samolotu. Po 12-godzinnym locie do USA, przyda się świeże i wypoczęte spojrzenie.
Możliwości Lumi Magique na ręku. Pokazana jest też jej płynna konsystencja, która pozwala na stopniowanie rozświetlenia.
poniedziałek, 11 listopada 2013
Rouge In Love!
Na pierwszy ogień mojej oceny idą szminki Lancôme Rouge In
Love w kolorach 106M, 322M i 181N. Niestety posiadam jedynie testery, więc nie
mogę Wam pokazać jak pięknie wygląda opakowanie. Szminki mają wiele zalet.
Doskonale nawilżają usta. Naprawdę. Można pomalować nimi wysuszone wargi, a już
po chwili (nie oszukujmy się, dłuższej chwili) stają się one miękkie i
wygładzone. Kolejnym plusem jest szeroka gama kolorystyczna. Producent dzieli
je na trzy grupy: dzienne, koktajlowe i wieczorowe, dzięki czemu każda z nas
znajdzie swój odcień. Teraz jedna zasadnicza wada pomadek – trwałość. Makijaż
nimi wykonany jest piękny. Dzięki kremowej konsystencji kolor można dowolnie
stopniować. Dodatkowo ten niesamowity połysk na ustach… do pierwszej wypitej
kawy, albo zjedzonego posiłku. Niestety szminka nie należy do najtrwalszych.
Pozostaje na wszystkich powierzchniach: kubku, widelcu, a nawet kartce (na
szczęście ;)). Jeżeli jednak zależy nam
na efektownym wyglądzie, który bez problemu będzie można w dowolnym momencie
poprawić to szminka jest niesamowita. Efekty oceńcie same!
Oto po kolei nasze bohaterki: 106M, 322M i 181N. Tak natomiast prezentują się na ustach:
Osobiście uważam, że są bardzo fajne. Zarówno na co dzień, jak i od święta. Trzeba tylko pamiętać, żeby sprawdzać, czy makijaż pozostał na swoim miejscu ;))
Subskrybuj:
Posty (Atom)